guestbook.characters.archives



2006-12-24 23:55:02
Ariadna

- masz zaraz dołączyć! - powiedziała Ariadne w stronę Alice. I tak nie równała się w obronie z tą dziewczynką, nie oszukiwała się. Alice była po prostu niesamowita.Ari wzieła szybko psice za nadgarstek i pociągnęła do wyjścia. Szybko postarała się przedostać na ruchliwą, niczego nie świadomą ulicę. - wybacz jeśli poczułaś się dotknięta przez moje słowa - przeprosiła Lili gdy były już w miarę bezpieczne. Tak naprawdę, wciaż miała wyrzuty, że zostawiła Alice samą tam w środku. - zaraz przyjdzie - powtarzała jednak wciąż na głos i w duszy - jesteś ranna... jak tylko Alice dołączy zajmiemy się tym. - powiedziała - jeszce raz przepraszam ale takie sytuację ostatnio nas prześladują..przepraszam, że nie ostrzegłyśmy przed czymś takim.. - mówiła wciąż wypatrując niecierpliwie dziewczynki.


2006-07-11 21:44:43
Fati 'n' Gene


Bezszelestnie poruszający się kelner błyskawicznie przyniósł zamówione lody, postawił elegancko przed nimi, i ulotnił się równie szybko jak przyszedł. Gene powoli łyżeczką zaczął dłubać w deserze , choć nie wiedzieć czemu jego uwagę bardziej przykuła szklanka stojąca tuż przed nim.
- No… I po mojej boskiej figurze. –mruknął z lekką ironią w głosie.
W delikatnym szkle odbiły się duże oczy jego rozmówczyni. Długie gęste rzęsy niesamowicie kontrastowały z jej drapieżnym jasnym spojrzeniem. Czuł, że na samym dnie coś się w nim gotuje.
Z lekkim zdziwieniem stwierdził, że coś delikatnie kłuje go w biodro. Ołówek! Standardowa zawartość każdej kieszeni jego spodni. Z trudem zdołał jakoś wyciągnąć biedny ołówek, automatyczny jak się okazało, z kieszeni dżinsów i niepewnie zerknął na Fati, poczym sięgnął po papierową serwetkę. Nie był to najlepszy materiał na jakim zdarzało mu się malować, ale i nie najgorszy.
- Co rysujesz? - spytała, kiedy wreszcie wyrwała się z rozmyślań. Odstawiła pustą filiżankę starając się zerknąć na serwetkę, która aktualnie była maltretowana przez lisa.
Gene przeniósł wzrok z serwetki na nią i uśmiechnął się ciepło. Ach, jak żałował, że tym razem nie wziął nawet kredek, jak to zawsze robił.
- Ciebie...
- M.. mnie? - zająknęła się, rumieniąc. - Nie sądzę bym była dobrym obiektem do narysowania...
- A ja twierdzę inaczej. gdybym tylko mógł... -westchnął i znów spojrzał na biedną serwetkę.
- Co byś mógł? - zaciekawiła się.
- Nie ważne. Myślenie na głos to jeden z moich denerwujących nawyków.
Fati spojrzała na niego swymi pomarańczowymi oczyma.
- Gene, mogę cię o coś zapytać?
- Hm...? -zmieszał się nieco- jasne.
- Czy... spotkałeś w tym mieście inne tygrysy?
Rudzielec zamyślił się na chwilę.
- Nie... Raczej nie. Przyjmując, że każdy tygrys ma tak charakterystyczny wygląd jak ty. Przyjechałaś tutaj szukać innych?
- Właśnie tak... - spojrzała na pustą filiżankę nieco smutniejąc na twarzy. - Ludzie wybili tygrysy co do jednego w miejscu, z którego pochodzę...
Wyraz jego twarzy natychmiast zmienił się. Nachylił się w jej stronę i spojrzał poważnie w oczy.
- To nie jest dobre miejsce do poszukiwań... Tu dzieje się wiele rzeczy... -westchnął głęboko i przeniósł spojrzenie na swoje dłonie- Nie spotka cię tu nic dobrego.
- Więc co miałam zrobić? Każde miasto jest do siebie podobne... A życie w dziczy to teraz tylko wystawianie się na odstrzał. Lepiej wtopić się w tłum ludzi i udawać, że jest się jednym z nich...
- Ale nie tutaj... -westchnął i opadł na krzesło- Trzeba było wybrać inne miasto. tu naprawdę jest niebezpiecznie. A ostatnio zrobiło się naprawdę groźnie. -zacisnął usta.
- Co to znaczy? - spojrzała na niego znacząco.
- Sam... Sam nie wiem, niewiele pamiętam z ostatnich wydarzeń. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli jesteś sama, to naprawdę powinnaś stąd wyjechać. Kręci się tu mnóstwo łowców. -przymknął oczy. Naprawdę niewiele pamiętał. Wszystko zmieszało się w jedną szarą papkę. Co najwyżej pojedyncze twarze.
- Niewiele pamiętasz? Stało się coś poważnego? - pytała. To co mówił lis nie przerażało jej, wręcz przeciwnie. Zaciekawiło.
Gene drgnął niespokojnie.
- Chyba... Chyba można to tak ująć... -przetarł palcami oczy.
- Przepraszam. -mruknęła widząc jego reakcję. - To... ja już pójdę...
Choroba, mruknął do siebie w duchu, nie powinienem był. Uśmiechnął się gorzko.
- Nie… To ja przepraszam... To przez to, że wciąż... Wciąż mam na palcach krew.
Istotnie tak było. Wciąż miał czerwone otoczki wokół paznokci.
- Jest... aż tak źle...? - skuliła się. - Też miałam takie palce...
- Przeze mnie zginął mój przyjaciel. I sam też powinienem leżeć już zimny w kostnicy... -zgiął i rozprostował palce. Bolało.
- Wybacz, że spytałam... Wiem co czujesz...
- Pewnie dlatego odruchowo wykorzystuję cię do odreagowania... -uśmiechnął się i spojrzał na serwetkę- Jestem bydlakiem, nie?
Fatigia zmieszała się tym pytaniem. - Nie znam cię zbyt długo... - zarumieniła się lekko. - Ale jesteś najmilszym lisem jakiego znam - na jej twarzy wykwitł szeroki i ciepły uśmiech.
Lis zaśmiał się cicho.
- Prawdopodobnie jestem jedynym lisem jakiego znasz. Mam rację?
- No... - zająknęła się. - W takim razie najmilszym zwierzęciem jakie spotkałam w drodze z Indii.
- Swoją drogą... Jak jest w Indiach? -oparł głowę na ręce i spojrzał wprost w duże złociste oczy Fati.
- Pięknie - odpowiedziała bez chwili wahania. - Lasy, zieleń, wolność i miejsce, gdzie wszystkie zwierzęta są dla siebie braćmi... Przynajmniej takie mam wspomnienia z dzieciństwa... Wszystko się zmieniło, gdy do naszego świata wkroczyli ludzie...
- Zazdroszczę ci. I to jak. -zamknął oczy i rozmarzył się- Ja jedyne co pamiętam to siatka i kraty... Musiałaś być tam bardzo szczęśliwa.
- Byłam... Ale i ja... - jej oczy się zeszkliły. - Wszystko straciłam...
Westchnął ciężko.
- Prawda jest taka, że my nie mamy już nic.
- Ale... Ja mam jeszcze marzenia, dlatego tu jestem. Dzięki nim potrafiłam uciec i biec setki kilometrów nieustannie ku najbliższemu miastu...
Nie mógł się nie uśmiechnąć. Coś było w niej, co mimo delikatności jej ciała, stwarzało wokół niej otoczkę siły. Upór?
- No i tak biegłam przez kilka dni, ranna w jedną łapę. - westchnęła przypominając sobie wszystko. - Widziałam, co ludzie zrobili z puszczą... Tam nawet nie było na co zapolować.... Ale się udało. - uśmiechnęła się.
- Czasami siła ducha decyduje o tym czy nam się uda, czy też nie. Znam to. -uśmiechnął się szeroko- Jak widać tygrysy i lisy mają ze sobą sporo wspólnego.
- Być może - zaśmiała się cicho. - Ale teraz nie wiem, co zrobię... Skoro i tutaj nie ma tygrysów...
- Ponoć nadzieja umiera ostatnia, ale... zawsze należy ją mieć. Zostań w Paryżu, choć na trochę.
- I tak nie mam wyjścia. Już opłaciłam mieszkanie, a teraz muszę sobie znaleźć jakąś pracę.
- No, tu ci niestety nie pomogę. Marny ze mnie pracownik.
- Widziałam ogłoszenie na drzwiach tej kawiarni. Mała praca kelnerki by mi pasowała... Byle nie rzucać się w oczy. No i bywa tu dużo ludzi każdego dnia. Może uda mi się znaleźć tygrysa.
- Cóż, jeśli masz zamiar tu pracować, to spodziewaj się nowego stałego klienta. -uśmiechnął się szelmowsko- I obiecuję trochę się rozejrzeć po mieście.
- Dziękuję. Miło będzie z kimś porozmawiać w przerwach na kawę. I tak mieszkam tu niedaleko.
- Tak jak ja. Choć w niezbyt-niezbyt okolicy.
- O, przestało padać - zauważyła. - Zapytam jeszcze o tą pracę i wracam do sprzątania mieszkania - wstała.
-Sprzątasz mieszkanie? Właściciel się o to nie zatroszczył?
- Nie miałam zbyt wiele pieniędzy, więc chciałam kupić tańsze. Nie jest tak źle, ale trzeba jeszcze wszystko rozpakować. Chociaż... Nie jest tego wiele - zaśmiała się.
- Nie chcę się narzucać, ale... Mogę być przydatny przy przenoszeniu ciężkich rzeczy. –zignorował delikatne kłucie w okolicach żeber.
- Nie mam tam nic ciężkiego - westchnęła. - Bo widzisz... Przyjechałam tylko z jedną walizką.
Roześmiał się ciepło.
- To i tak lepiej niż ja kiedyś.
- Jak już mówiłeś "my nie mamy nic". Prawie - puściła do niego oko.
- Prawie... Prawie robi dużą różnicę. -wyciągnął się na krześle, a w jego boku coś niebezpiecznie strzeliło.
- Ty lepiej uważaj na siebie. - zaśmiała się nerwowo i podeszła do lady. Zaczęła rozmawiać z jakąś kobietą, potem przyszedł mężczyzna. Po kilkunastu minutach wróciła z uśmiechem. - No i załatwione. To ja wracam do siebie - wyciągnęła do niego rękę uprzejmie.
- Jasne. -powoli wstał, delikatnie ujął jej dłoń i ucałował- Mam nadzieję, że następnym razem, gdy się spotkamy będę miał przy sobie farby i płótno. -uśmiechnął się.
- Nie sądzę by był to dobry pomysł w kawiarni - zarumieniła się.
- Zawsze jest moja pracownia.
Fati teraz cała pokryła się uroczym rumieńcem. - Niezbyt lubię pozowanie...
- W takim razie zostaje mi tylko malowanie ze zdjęć...? -westchnął teatralnie.
- Ale jeśli ładnie poprosisz, to zrobię wyjątek - mrugnęła.
- Cóż... -nachylił się nad nią- Nie uklęknę, bo mogę nie wstać... Nie zabrałem też kwiatów, ale... Bardzo ładnie proszę.
- No... dobrze, dobrze - zmieszała się kompletnie. - Kwiaty wcale nie będą potrzebne - zaśmiała się nerwowo. - W takim razie umówimy się jeszcze.
- Zobaczysz, nie dam ci spokoju. -uśmiechnął się i delikatnie wargami musnął jej usta.
Dziewczyna jakby skamieniała i zesztywniała. Omal nogi się pod nią nie ugięły, ale otrząsnęła się i spojrzała na niego w nieco drapieżny sposób. - Nie zapominaj lisku o kolejności w łańcuchu pokarmowym... - mruknęła żartobliwie, po czym znów uśmiechnęła się słodko i niewinnie. - Do zobaczenia, Gene. - pomachała i wyszła z kawiarni.
-Taaak... Do zobaczenia. -wyjął portfel i rzucił na stoli pierwszy lepszy banknot, poczym wsadził ręce w kieszenie i powolnym krokiem opuścił lokal.


[Szlag mnie trafia >___< Jak dostałam już kopy (za które bardzo dziękuję xD) to internet mi zrobił bach. Wrrr. A właśnie, uaktualnienie Gene nie doszło? xD]


2006-06-01 00:16:59
Alice & Lili




Lilianna słysząc Ariadnę mówiącą o tym, że może opóźniać ucieczkę, poczuła się dotknięta i zacisnęła nieco mocniej szczęki.
- Poradzę sobie - powiedziała stanowczo i popatrzyła twardo z dołu na twarz kruczycy.
Alice kiwnęła głową ugodowo, wskazując Liliannie i Ariadnie miejsce pod siedzeniami, którymi miały się czołgać do wyjścia. - Idźcie pierwsze, będę zamykać korowód, mówiąc krótko, obstawiam tyły.
Gdy obydwie panie zniknęły zwinnie pod siedzeniami Alice wyjrzała pomiędzy fotelami delikatnie, poszukując spojrzeniem Louisa, nie zdążyła go jednak odszukać, bo musiała jak najszybciej dołączyć do dziewczyn.
Zanurkowała pod fotele i szybko dogoniła towarzyszki.
Lilianna hardo czołgała się, faktycznie nie opóźniając ucieczki, a tym samym dotrzymując swoich buńczucznych słów. Mięśnie twarzy miała napięte i widać było, że bardzo cierpi, jednak nie dało się tego odczuć po sposobie przemieszczania.
Kiedy znalazły się pod rzędem na przeciwko wejścia ewakuacyjnego Alice wysunęła się naprzód i zaczęła obserwować podłogę. Czterech, plus dwóch krążących na końcu sali. Trzeba to załatwić szybko, bo inaczej reszta się zbiegnie, pomyślała i spojrzała na kruczycę.
- W nogi, kostki, a najlepiej kolana, potem głowa, nie wahaj się musimy to zrobić jak najszybciej... - szepnęła do kruczycy, poczym kiwnęła krzepiąco na Liliannę, która gorliwie odpowiedziała podobnym gestem.
Alice zaczęła jako pierwsza. Podłużna nieprzerywana salwa z ingramów poszybowała na kostki trzech ochroniarzy.
Wszyscy trzej upadli, tuż przed twarz kostuchy, która ładując w ich twarze kolejną salwę naboi wysłała ich na spotkanie z przeznaczeniem. Lilianna tymczasem wyskoczyła spod siedzeń i z nieludzką szybkością znokautowała ostatniego ochroniarza, który upadł oszołomiony na podłogę. Psica otworzyła wyjście ewakuacyjne i wrzasnęła
- Otwarte!!!
Alice wysunęła się spod siedzeń i wystrzeliła dwóch ochroniarzy z końca sali, umożliwiając wyjście Ariadnie.
- Osłaniam was, szybko!!!


2006-05-02 13:03:37
Ari

Kruczyca zabrała wcześniej załatwionemu mężczyźnie broń. - czyli uda nam się z tymi przy awaryjnym? - zapytała - To w sumie nasza jedyna szansa.... Tylko, że Lil jest ranna tak więc możemy mieć małe opóźnienie w przemieszczaniu... - rzekła cicho, przeładowując broń. - Pana Louisa nie widziałam... zniknął mi już na początku całego zamieszania. Ale jeśli żyje powinien sobie poradzić... - westchnęła. - przynajmniej taką mam nadzieje... w sumie można się jeszce troche za nim rozejżeć, ale z drugiej strony jeśli nas teraz złapią.. sama nie wiem Alice, musimy szybko podjąć decyzję. Mamy teraz okazję uciec. A Lil potrzebuje żeby się nią zająć. Głupia sprawa...To co robimy..?

[ racja ! Ruszajcie do roboty XD! ]


2006-05-01 23:23:22
Alice

Orientacyjnie wiedziała, że znów znajdowała się w pobliżu rzędu Ariadny i Lilianny. Wychyliła się odrobinę zza siedzeń i szybko obiegła spojrzeniem salę. Były dwie pary drzwi. Główne, zamknięte i najbardziej obstawione oraz również w podobnym stanie wyjście ewakuacyjne, położone niedaleko od Alice. Dziewczynka schyliła się i przepełzała kilka rzędów pod siedzeniami szukając Lilianny i Ariadny, żeby się naradzić. Już widziała cienie ich sylwetek na podłodze. W tej samej chwili usłyszała czyjeś kroki będąc w połowie pod kolejnym siedzeniem i zauważyła nogi strażnika który szedł w stronę przyczajonych towarzyszek Alice. Szybko przeładowała jeden z ingramów i przestrzeliła mu kolana. Ten z rykiem runął na wykładzinę mając teraz głowę i tułów na wysokości skrytej pod siedzeniem dziewczynki. Widząc ją zrobił zaskoczoną minę. Alice otworzyła ogień prosto w jego twarz...I mówić chyba nie muszę, że niewiele z niej zostało.
Podczołgała się szybko do kruczycy i spytała natychmiast szeptem:
- Trzeba się stąd szybko zabierać, wyjście awaryjne najbliżej i nieco mniej obstawione niż główne...Można przeczołgać się pod siedzeniami...Gdzie jest pan Louis ?

[to żem poruszyła tą akcję XD ale co tam liczy się każdy gest...LUDZIE! odezwijcie się! piszcie! @_@]



2006-04-30 13:00:45
Ari

[ długo staliśmy w miejscu.. czas myśle że przedstawienie powinno trwać XD"]


Dziewczyna przyglądała się zza fotela akcji. Szczerze mówiąc czuła się bezradnie. Z jednej strony chciała pomóc, z drugiej kazali jej czekać. Jaby była nie użyteczna. No tak.. modelki zawsze tak się postrzega. "Uwaga bo połamiesz paznokcie". Westchnała z zażenowaniem myśląc o takich rzeczach. Może była modelką, ale nie jakąś podrzędną lalunią.
Wciąż martwiła się o Alice. Może i świetnie wyszkolone, ale to wciąż dziecko.
Kiedy Lilianna opadła obok niej ranna od razu się nią zajęła. Pocisk tkwił wciąż w boku psicy [ nie powiem suki bo to brzydko >.> ]. Nie za głępoko. Utkwił między żebrami tak, że wciąż był widoczny.
- Spokojnie.. - szepnęła kruczyca przypatrując się ranie - daj mi chwilę wyciągne to... - powiedziała ostrożnie rozchylając rane i wyjmując pocisk. Cóż.. więc paznokcie jednak się przydały. Zdjęła z włosów długą apaszkę i przewiązała jej bok. Rozejżała się naerwowo dookoła. Na kilka sekund wyglądąło na to, że sytuacja się poprawiła. Ułuda. Nagle ni z tąd ni z owąd pojawił się przy nich jeden z tych okropnych typów. Ari Podniosła na niego wzrok i sięgając po klapek, jeszcze nie zareagował. Chyba ich nie zauważył bo zmieniał magazynek. Dopiero po chwili ich dostrzegł. Ari zamachnęła się butem na napastnika. Obcas wbił mu sie w oko więc mężczyzna zatoczył sie nagle wypuszczając broń z ręki. Dziewczyna wciąż trzymajac but wyszarpnęła go mimowolnie z oczodołu. Już pustego. Udeżyła jeszcze raz w tył głowy mężczyzny który upadł na ziemie z rozbitą czaszką. Skrzywiła się nieco zniesmazona. - zróbmy coś.. trzeba sie ulotnić.. - mruknęła.


2005-07-17 22:36:59
Deltus

Deltus biegł z Revlisem do wskazywanego przez urządzenie miejsca. Nie czuł bólu, raczej odrętwienie. Duża dawka adrenaliny robiła swoje...Na przemian nieśli na barkach nieprzytomnego Raphaela.
Głowa bolała kruka od wysiłku. Zdawało mu się, że zaraz ten w zawrotnym tempie pulsujący ból, rozerwie mu skronia. Revlis nie czuł się w cale lepiej, by rozładować swoje zdenerwowanie klnął coś pod nosem, nie oszczędzając nikogo - nawet przyjaciela biegnącego obok. Barwne epitety lądowały na każdym począwszy od członków rządu zjednoczonej Europy, a skończywszy na bogu ducha winnym piekarzu, mieszkającym obok niego w Londynie na Trafalgar Square.
Deltus i Revlis wraz z Raphaelem dobiegli do dużych pomalowanych na srebrny metaliczny kolor drzwi. Projektor wskazywał, że za nimi powinno być wyjście awaryjne na powierzchnię. Revlis złapał za klamkę i szarpnął. Zamknięte. Szarpnął tak parokrotnie, aż w końcu gotując się z wściekłości, która pałała w nim od dobrych kilkudziesięciu minut kopnął w nie z całej siły. Wgięły się do środka. Kopnął jeszcze raz i odleciały z hukiem. Deltus westchnął, schował projektor do kieszeni, położył Raphaela na podłodze i podszedł do wciśniętych na drabinkę drzwi. Gdy je chwycił poczuł ból, rozrywający jego klatkę piersiową. Nerwy opadły, adrenalina wyrównała swój minimalny poziom. Znów zaczął czuć każdą ranę i ból jak poprzednio, a nawet ze wzmorzoną częstotliwością. Revlisa dotknęło to samo gdy odsapnął po swoim imponującym wyczynie.
- Kurdeee... - jęknął Deltus i kurczowo wpijając palce w bok drzwi, odrzucił je [nie palce, a drzwi oczywiście XD]. Tak, że drabinka prowadząca do góry, była teraz całkowicie dostępna dla nich. Niezmodernizowane komputerowo wyjście budziło pewne zdziwienie. Musiało to być jakieś bardzo stare wyjście ewakuacyjne, całkowicie zapomniane lub takie na czarną godzinę. Naprawdę czaaarną...

- Co my z nim zrobimy ? - zapytał Revlis, wskazując na Raphaela. Deltus zmieszał się.
- Pokiereszujemy go ciągnąć przez drabinki...Hmmm... - Kruk rozejrzał się po korytarzu. Na końcu prawej ściany, dalej od wyjścia była gablotka z gaśnicą i grubym, sznurem. Del podbiegł do okienka i wybił szybę, wyjmując sznur. Obwiązał nim Raphaela wokół ciała i zwrócił się do Revlisa.
- Idź pierwszy i ciągnij sznur za sobą, jak będziesz na górze, zacznij go wciągać, ja będę szedł z tyłu za nim i będę pilnował żebyś go nie uszkodził.
- Liczysz na to, że sznura wystarczy ?
- Tak liczę na to, a teraz rusz dupsko, nie mamy czasu.
Revlis chwycił się drabinki pierwszy i zaciskając zęby, starał się nie myśleć o tym co teraz się dzieje z wnętrzem jego ciała. Kolejna litania przekleństw, najwymyślniejszych wulgaryzmów oraz prymitywnych półsłówek o nieciekawej treści potoczyło się z ust kruka. Ciągnął za sobą sznur za poleceniem przyjaciela.
Pomimo, że drabinka nie zapowiadała rewelek technicznych, przy włazie ich było od groma, dzięki temu udało się Revlisowi prosto i bez problemów wyjść na zewnątrz, traktując aparaturę automatycznego włazu tylko solidnym uderzeniem. Prosty sposób naprawiania mechanicznych cacuszek, ot co.
- JUUUUŻ!! - zawołał i chwycił mocniej za linę, ciągnąc ją do siebie. Gdyby nie zagryzł zębów, darłby się w niebogłosy. Bolało...Jakby rozrywano mu barki i klatkę piersiową. Dla ułatwienia sobie zadania wpadł na pomysł zaczepienia liny o właz, tak by powstał bardzo prymitywny dźwig. Ach ta pomysłowość...
Deltus doniósł Raphaela do przejścia i trzymał tak długo dopóki nie zaczął się powoli przemieszczać do góry. Wdrapał się na drabinkę i tuż za unoszącym się ciałem Raphaela pilnował by szedł prosto. Wygibasy jakie musiał wykonywać pomnażały ból połamanych żeber. To co wcześniej czuł, było przedsmakiem tego co się teraz nim działo.
Na zewnątrz było ciemno, pusty teren, a dookoła niego jakieś drzewa i krzaki. Deltus i Revlis chwycili razem Raphaela i od razu pobiegli w pobliskie niestrzyżone, dzikie żywopłoty.
- Co robimy ? - spytał Deltus ledwo łapiąc oddech po morderczej wspinaczce.
- Chyba miała tu czekać na nas odsiecz...A nie widzę niczego co wyglądałoby na odsiecz. - wydyszał Revlis.
- Ja też nie widzę...
Jakiś głos zadźwięczał nad ich głowami.
- Spokojnie panowie, zaraz zobaczycie - powiedział z rozbawieniem. Revlis i Deltus podnieśli głowy i ujrzeli zaczajonego wśród gałęzi drzewa osobnika. - Skoro już dotarliście, możemy się zmywać... - dopowiedział i wydał z siebie krótki gwizd. Z drzew i z krzaków powychylała się garstka ludzi. Razem z dowódcą wiszącym na drzewie była ich ponad dziesiątka. Ani Deltus ani Revlis nie zauważyli wśród nich Vincenta. Już Del miał coś powiedzieć na ten temat, jednak ubiegł go Revlis, wygłaszając myśli przyjaciela na głos:
- Chwilunia moment! A gdzie jest Vincent ? Bez niego nigdzie nie idziemy.
- Najprawdopodobniej jest jeszcze w środku. Słuchajcie nie ma czasu! Ruszcie swoje tyłeczki i wypad!! - odpowiedział dowódca. Revlis zmierzył go spojrzeniem i odszczekał:
- Posłuchaj, swojej wesołej drużynie możesz wydawać rozkazy, ale my do niej nie należymy jasne ?
- O...Hoho, to może jeszcze mam was prosić ?!
- Trochę więcej uprzejmości by ci nie zaszkodziło, ale nie o to chodzi. My czekamy na Vincenta rozumiesz ? I gówno mnie obchodzi, że srasz w portki ze strachu, czy z czegoś równie śmierdzącego i chcesz uciekać.
Dowódca zacisnął zęby.
- Dostałem polecenie i je wypełnię, rozumiesz ? Nie chodzi o to, że nie chcę na niego zaczekać, po prostu nie mamy na to czasu! On sobie poradzi! Chodźcie!
- Marna zachęta wierz mi.
Deltus uporczywie przyglądał się rozległemu terenowi wygolonemu z roślinności. Teretorium Bergera. Gdzieś daleko na nim widać było niewielką nierówność (to widziane z daleka rozsunięte sklepienie hangaru). Wrzaski dowódcy i Revlisa zaczynały go powoli denerwować. Revlis zniecierpliwił się monotematycznością dowódcy i jego argumentów "To moje polecenie, dostałem rozkaz", wstał podszedł w jego kierunku i powiedział:
- Nie każ mi się wysilać, wszystko mnie boli, a ty mnie zmuszasz do drastycznych rozwiązań na które obecnie nie mam zdrowia...
- O czym ty pieprzysz ?! - warknął dowódca.
- Powiesz, że nastąpiły komplikacje w wypełnieniu rozkazu. - Powiedział kruk i strzelił go prosto w szczękę, oddając go w słodkie ramiona nieświadomości. Mężczyzna zwalił się na ziemię i stracił przytomność.
- W końcu się zamknął. - podsumował Revlis i spojrzał po agresywnie nastawionych członkach brygady. - Panowie mam nadzieję, że nie chcecie skończyć jak on i grzecznie poczekacie z nami na Vincenta. - rzekł pojednawczo. Oddział opuścił broń i przyczaił się w krzakach jak na polecenie. Revlis kucnął przy Deltusie, ten powiedział do niego drwiąco się śmiejąc:
- "Panowie mam nadzieję, że nie chcecie skończyć jak on...", już to widzę, jak w tym stanie rozwalasz uzbrojony po zęby oddział, mając tylko swoje śmierdzące łapska...
- Jakoś musiałem ich przekonać...A co ? Myślisz, że nie dałbym rady ? - powiedział Revlis buńczucznie.
- Dokładnie tak myślę.
- I wiesz co ci powiem ? Masz rację.
Deltus zaśmiał się pod nosem. Obydwoje kruków wlepiło ślepia, wyczekując znajomej sylwetki...

[echh...dużo akcja nie poszła do przodu chyba xD
edit: zapomniało mi się o Raphaelu sorka XDDD]








.characters
Deltus Malheureux Ariadna Memoris/Mischka Michajlova Raphael Hunter
Gene Moget Louis Masib Fatigia Ujjain
Lilianna Mager Vincent Jones Alice Routledge

.archives
2006
grudzień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
2005
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2004
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień





Zaprojektowane by cieszyć.